
Szoty w podróży
18 stycznia, 2026
Są miejsca w Maroko, które wyglądają tak, jakby natura postanowiła opowiedzieć historię bez użycia słów. Wąwóz Dades jest zdecydowanie jednym z nich. Surowy, monumentalny, a jednocześnie zaskakująco spokojny – idealny przystanek dla tych, którzy zmierzają w stronę Sahary. Fantastyczne miejsce do złapania oddechu oraz zrobienia oryginalnych zdjęć.
Wąwóz Dades leży w południowo-wschodnim Maroku i najczęściej odwiedza się go w drodze z Marrakeszu w kierunku Sahary. Choć dojazd nie jest trudny, warto zaplanować trasę z wyprzedzeniem — szczególnie zimą, gdy przejazd przez góry Atlasu może oznaczać śnieg i bardziej wymagające warunki.
Podczas naszej podróży śnieg na przełęczy Tizi n’Tichka spadł dzień później, za to w dniu przejazdu towarzyszył nam silny wiatr i miejscami trzeba było uważać na kamienie spadające ze zboczy.
Zdecydowanie warto zaplanować dodatkowy czas na postoje, bo sama droga jest niezwykle widowiskowa. My rozłożyliśmy ją na dwa dni — pierwszego dnia jechaliśmy z Imlil do Telouet, a drugiego malowniczą doliną Ounila przez Ouarzazate dotarliśmy do Wąwozu Dades. Dzięki temu mogliśmy zwiedzać bez pośpiechu i naprawdę nacieszyć się krajobrazami.
Przeczytaliśmy w internecie, że najbardziej znanym szlakiem w tej okolicy jest trekking Monkey Fingers Canyon Loop. Trasa miała mieć około 8 km i – według opisów – nadawać się nawet na wycieczkę z dzieckiem. Jak to jednak bywa w podróży, nie zawsze wszystko idzie zgodnie z planem.
Po śniadaniu mój mąż zadał mi pytanie: „A może zamiast jechać na parking samochodem, pójdziemy pieszo? To niedaleko – jakieś 1,5 km”. Zapomniał tylko dodać, że te „kilometry” prowadzą przez górskie szczyty, na które najpierw trzeba się wspiąć, a potem – jakimś cudem – z nich zejść. Taki drobny niuans.
Spacer rozpoczął się niewinnie – prostą ścieżką prowadzącą wśród pól. Na końcu szutrowej drogi czekał niewielki mostek, a tuż za nim… zaczynała się prawdziwa przygoda.
Podejście w górę poszło nam bardzo sprawnie. Trasa nie była skomplikowana mimo, że przewyższenie okazało się dość spore. Przez większość czasu z obu stron towarzyszyły nam skały, które naturalnie ograniczały przestrzeń i dawały poczucie bezpieczeństwa, chroniąc przed ewentualnym poślizgnięciem się czy upadkiem.
Na górze czekała na nas prawdziwa nagroda. Widoki zapierały dech w piersiach – ostre, postrzępione formacje wyrastały z ziemi niczym kamienne iglice, a ich czerwonobrązowe ściany pięknie kontrastowały z intensywnie niebieskim niebem. Z każdej strony otaczał nas niemal księżycowy krajobraz, poprzecinany wąskimi przejściami i naturalnymi tarasami widokowymi.
Szliśmy dalej, chłonąc spektakularne widoki i co chwilę zatrzymując się na kolejne zdjęcia. W pewnym momencie okazało się jednak, że nie możemy znaleźć drogi w dół – mogliśmy wrócić tą samą trasą albo spróbować zejść niemal pionową skalną ścianą. Emocje sięgnęły zenitu, gdy Andrzej oświadczył, że opcja druga będzie … ciekawsza!
Kiedy staliśmy przy kilkumetrowej skale, z której Andrzej planował zeskoczyć (a potem w bliżej nieokreślony sposób planował złapać mnie podczas lotu), z daleka zauważyły nas dwie dziewczynki: 10-letnia Tifawat i 11-letnia Ilham. Zaczęły energicznie machać rękami, dając nam wyraźnie do zrozumienia, że to nie jest dobry pomysł. Po chwili przybiegły do nas najszybciej jak tylko mogły i pokazały nam bezpieczną drogę w dół. Nasze dwa małe berberyjskie anioły!
Zamiast po planowanych 30 minutach, do wejścia na szlak Monkey Fingers Canyon Loop dotarliśmy dopiero po prawie 2 godzinach – szczęśliwi, że wszystko skończyło się bezpiecznie. Teraz miało być już tylko łatwo, lekko i przyjemnie.
I rzeczywiście, przez sporą część kanionu tak właśnie było. Szliśmy wąskimi, krętymi skalnymi korytarzami – raz lekko wspinając się pod górę, innym razem przechodząc na kolanach pod skalnym uskokiem. Bywało, że stąpaliśmy po luźnych kamieniach, a chwilę później musieliśmy zamoczyć buty, przechodząc przez górski potok lub pod niewielkim wodospadem.
Mimo tych drobnych niedogodności trasa była tak urocza i różnorodna, że wszystko rekompensowała.
Kanionem szliśmy około dwóch godzin. Na samym końcu okazało się, że… jedyne wyjście z kanionu prowadzi po drzewie. Alternatywą było oczywiście zawrócenie tą samą trasą, którą przyszliśmy. Przy moim lęku wysokości reakcja mogła być tylko jedna: „Nie ma mowy! Bez szans! Zapomnij! Wracamy!”.
I wtedy pojawił się Ahmed — dosłownie nie wiadomo skąd. Wokół nie było żywej duszy, tylko my i on. Powiedział spokojnie, że damy radę, że mamy mu zaufać i że nam pomoże. I rzeczywiście — pomógł.
Jakimś cudem po chwili wspinałam się już na drzewo i ostrożnie przesuwałam się po gałęzi zawieszonej nad „przepaścią”. Może nie była to ogromna wysokość, ale upadek z trzymetrowego drzewa nie skończyłby się dobrze ponieważ szczelina między skałami, w której rosło to drzewo, miała zaledwie 40–50 cm szerokości. Myśl o wpadnięciu tam skutecznie podnosiła poziom adrenaliny.
Po drzewie przyszła pora na zejście po niemal pionowej skale. I znów — wysokość nie była imponująca, około trzech metrów, ale ewentualny upadek z pewnością nie należałby do miękkich. Moje wewnętrzne „ja” krzyczało, że nie dam rady.
I znów wkroczył Ahmed. Spokojny, zdecydowany, bez cienia wahania. Oderwał moje trzęsące się ręce od skały i praktycznie „zrzucił” mnie prosto w ramiona męża. Cała akcja trwała kilka sekund, ale adrenalizna trzymała mnie jeszcze kilka godzin.
Później czekał nas już tylko zwykły spacer. Taki prawdziwie spokojny, niemal sielankowy — z widokiem na Małpie Paluchy ukryte w skałach
Po wszystkim przyszedł moment pożegnania z Ahmedem. Kilka słów, uścisk dłoni i już go nie było — zniknął tak samo niespodziewanie, jak się pojawił.
Chwilę później opuszczaliśmy również Wąwóz Dades. Miejsce surowe i wymagające, momentami onieśmielające, a jednocześnie niezwykle piękne — wręcz spektakularne. Zdecydowanie było to jedno z najbardziej wyjątkowych punktów na naszej podróżniczej mapie.
Wieczorem dotarliśmy do Wąwozu Todra. Niestety wydarzenia i emocje z Dades — pomylone trasy, dodatkowe kilometry i nieplanowane przygody — sprawiły, że zabrakło nam już czasu, by go poznać. Wybraliśmy się jedynie na krótki spacer drogą biegnącą przez wąwóz. Rzuciliśmy krótkie spojrzenie na kanion, w którym gigantyczne, pionowe klify niemal zamykały się nad naszymi głowami.
Todra będzie musiała poczekać. To jeden z tych punktów na mapie, do których po prostu trzeba kiedyś wrócić. To miejsce zasługuje na znacznie więcej niż szybki przystanek o zmierzchu.