
Szoty w podróży
25 stycznia, 2026
Miał to być wyjątkowo emocjonujący dzień, ponieważ po południu dotrzeć mieliśmy do Sahary. Podróż rozpoczęliśmy w wąwozie Todra, w miasteczku Tinghir – położonym na skraju rozległej palmowej oazy, u stóp czerwonych, skalistych zboczy Atlasu Wysokiego.
Trasa prowadziła kolejno przez Touroug i Tinjdad, gdzie krajobraz z każdym kilometrem stawał się coraz bardziej suchy, a zieleń ograniczała się już głównie do wąskich pasów oaz i dolin rzecznych. Góry powoli ustępowały miejsca rozległym, kamienistym przestrzeniom, a zabudowa przybierała formę niskich, glinianych domów.
Jedną z ciekawszych atrakcji po trasie okazały się punkty kawowe – auta stojące pośrodku niczego, z których można było kupić pyszną kawę z ekspresu. Po raz pierwszy z taką formą sprzedaży spotkaliśmy się w wąwozie Dades i ku naszemu zaskoczeniu espresso okazało się wtedy lepsze niż w niejednej restauracji. Od tego momentu „kawa z bagażnika” stała się naszym obowiązkowym punktem dnia.
Podziwiając bezkresne przestrzenie wokół nas dotarliśmy do Jorf. Tuż przed miastem zauwazylismy jakieś dziwnie wyglądające kratery. Okazało się, że to khettara – jeden z najbardziej niezwykłych przykładów tradycyjnej inżynierii wodnej. Jest to system podziemnych kanałów służących do pozyskiwania i rozprowadzania wody w warunkach skrajnie suchego klimatu. Składa się z ręcznie drążonych galerii o bardzo niewielkim spadku, połączonych z szeregiem pionowych szybów wentylacyjnych. Dzięki sile grawitacji woda może być transportowana na duże odległości bez użycia energii i bez narażenia na parowanie, a następnie wykorzystywana do nawadniania oaz i pól uprawnych.
Naszym noclegiem pośrodku pustyni był Tuareg Luxury Camp – kameralne miejsce składające się z zaledwie sześciu namiotów, ukrytych wśród piasków Sahary. Każdy namiot tworzył komfortową, prywatną przestrzeń z sypialnią oraz własną łazienką, co w tak surowym otoczeniu robiło ogromne wrażenie. Tego dnia byliśmy jedynymi gośćmi w całym campie, dzięki czemu cisza i poczucie odosobnienia były wyjątkowe. Przez tę jedną noc to był nasz własny kawałek pustyni!
Pod koniec dnia wyruszyliśmy na wyprawę w stronę zachodzącego słońca. Muszę uczciwie przyznać, że wielbłąd nie został moim ulubionym środkiem transportu. Choć wygląda dostojnie i idealnie wpisuje się w pustynny krajobraz, jego kołyszący chód bardzo szybko dał mi się we znaki. Każdy krok był jak subtelne, ale konsekwentne przypomnienie, że siodło i ja nie jesteśmy najlepszym duetem. Nie wiem, czy znaczenie miał tu mój mikry wzrost i niezbyt tęgie gabaryty, ale skutki tej przejażdżki odczuwałam jeszcze w pośladkach i udach przez kilka kolejnych dni.
Na Saharę jedzie się chyba przede wszystkim dla zachodu słońca. W żadnym innym momencie nie wygląda ona tak spektakularnie jak w złotej godzinie. To wtedy wydmy Erg Chebbi zaczynają żyć – piasek układa się w miękkie fale, a każdy grzbiet wydmy rysuje się wyraźną linią. Z minuty na minutę kolory zmieniają się od jasnego bursztynu po głęboką miedź, podkreślając delikatne struktury piasku wyrzeźbione przez wiatr. Cisza jest niemal absolutna, a ogrom tej przestrzeni sprawia, że człowiek czuje się po prostu… taki maleńki.
Wieczorem czekała na nas wyjątkowa, berberyjska kolacja przygotowana specjalnie przez chłopaków z obsługi Tuareg Luxury Camp. Po dniu pełnym wrażeń smaki tradycyjnych potraw, jedzonych pośrodku pustyni, smakowały jeszcze lepiej. Mimo że byliśmy jedynymi gośćmi w campie, po kolacji rozpalili dla nas ognisko, tworząc ciepłą i niezwykle kameralną atmosferę. Przy blasku ognia rozpoczął się pokaz berberyjskiej muzyki – rytmiczne bębny, śpiew i proste melodie idealnie współgrały z ciszą Sahary.
Takiego nieba jak nad Saharą w nocy nie ma nigdzie indziej – nieskończenie głębokie, gęsto utkane gwiazdami, wolne od sztucznego światła i miejskiego szumu. Każda konstelacja wydaje się tu być bliższa, wyraźniejsza, jakby można było jej niemal dotknąć. Siedzieliśmy przy ognisku i patrzyliśmy na nie jak zaczarowani. W pewnym momencie jeden z Berberów powiedział, że za chwilę będzie wschód księżyca. Pokazał kierunek i kazał cierpliwie czekać kiedy jasna tarcza wynurzy się zza linii wydm, rozlewając swoje światło po piasku. To było wprost hipnotyzujące.
Noc na Saharze zaskoczyła nas podwójnie. Temperatura spadła niemal do zera, a że spaliśmy w namiocie, chłód był odczuwalny wyjątkowo intensywnie mimo 3 grubych pledów jakie dostalismy do przykrycia. Jakby tego było mało, w środku nocy zaczął padać deszcz.
Rano obudziliśmy się w świecie zupełnie innym niż dzień wcześniej: piasek był lekko mokry, a wydmy otulały nisko wiszące chmury, tworząc surrealistyczny krajobraz pustyni w chmurach. Około godziny 10:00 powoli na niebie zaczęło pojawiać się słońce dając nam idealną okazję do fotograficznych szaleństw
Aż nagle przyszła chwila pożegnania… jak śpiewał klasyk.
Ostatnie spojrzenie na pustynię, kilka uśmiechów posłanych mijanym po drodze wielbłądom i przed nami trasa licząca ponad 600 kilometrów, prowadząca z powrotem do Marrakeszu. Sahara powoli zostawała za plecami, a wraz z nią cisza, przestrzeń i ten specyficzny spokój, którego trudno szukać gdzie indziej.
Czy warto było pokonać taką odległość dla Sahary? Na to pytanie każdy musi odpowiedzieć sobie sam.