Telouet

Afryka, Maroko

ruszamy

Imlil opuszczaliśmy z ogromnym niedosytem. To niewielka górska wioska, będąca bazą wypadową w najwyższe partie Atlasu Wysokiego. Ma ona w sobie coś, co sprawia, że od razu chce się tu wrócić. Być może następnym razem trafimy na trochę cieplejszą porę roku — taką, która pozwoli spróbować wejścia na Tubkal, najwyższy szczyt Maroka i całej Afryki Północnej (4167 m n.p.m.). To wymagająca, ale popularna trasa trekkingowa, prowadząca przez surowe krajobrazy, schroniska i wysokogórskie przełęcze.

Tym razem, po jednym dniu spędzonym w tym regionie, ruszyliśmy dalej. Przed nami było prawie 200 kilometrów górskiej trasy, a prognozy zapowiadały pogorszenie pogody. Wiedzieliśmy więc, że czeka nas długi przejazd wymagający koncentracji, ostrożnej jazdy i dobrej logistyki — szczególnie w warunkach górskich, gdzie sytuacja potrafi zmienić się bardzo szybko.

przełęcz tizi n’tichka

Przełęcz Tizi n’Tichka znajduje się na wysokości około 2260 m n.p.m. To najwyżej położona asfaltową przełęczą w Maroku. Od wieków stanowi kluczowe połączenie między Marrakeszem, a regionem Ouarzazate.

Widoki jakie tu mieliśmy okazję podziwiać były nieziemskie— surowe szczyty, serpentyny i ta niezwykła przestrzeń dookoła. Gdyby tylko się dało – zdjęcia robiłabym na każdym zakręcie. Był jednak drobny mankament – wiatr. Wiało tak niemiłosiernie, że nie sposób było się utrzymać na nogach! Żeby było ciekawiej, silne podmuchy strącały kamienie z gór co momentami dość skutecznie podnosiło nam poziom adrenaliny.

Mimo tych utrudnień okazało się, że mieliśmy sporo szczęścia, bo następnego dnia na przełęczy padał śnieg i drogę zamknięto zupełnie. Dlatego, jeśli planujesz podróż w te rejony zimą, koniecznie sprawdzaj prognozy pogody. W Maroku — nawet jeśli jedziesz w kierunku pustyni — możesz trafić na śnieg. Warto wziąć to pod uwagę nie tylko przy planowaniu trasy, ale także przy wynajmie samochodu, ponieważ odpowiednie opony mogą okazać się na tej drodze kluczowe.

Po zjechaniu z drogi krajowej w kierunku Telouet bardzo szybko zmienił się nam krajobraz. Wiatr zdecydowanie się uspokoił, a góry przybrały zupełnie inne barwy. Wróciły odcienie czerwieni i brązu, a surowy, zimowy pejzaż ustąpił miejsca spokojniejszemu i bardziej stonowanemu.

telouet

Telouet to jedno z tych miasteczek, w których patrzysz na ludzi i mimowolnie pojawia się pytanie — z czego oni żyją, jak utrzymują swoje rodziny? To wioska pośrodku niczego, zdecydowanie poza turystycznym szlakiem. Wokół rozciągają się góry, pustkowia i rozległe, surowe przestrzenie, w których natura odgrywa pierwszoplanową rolę.

Może gdybyśmy dotarli tu wiosna lub latem odpowiedź byłaby bardziej oczywista. Okazuje się, że region ten słynie z uprawy jabłek, które dzięki specyficznemu klimatowi należą do najlepszych w tej części Maroka.

kasbah

Do czasu trzęsienia ziemi w 2023 roku Telouet przyciągało również podróżników słynną Kasbah Telouet. Kasba to tradycyjna, ufortyfikowana rezydencja pełniąca jednocześnie funkcję mieszkalną, obronną i administracyjną — często należąca do lokalnych władców lub wpływowych rodów. Ta w Telouet była pałacem potężnej rodziny El Glaoui, która przez lata sprawowała realną władzę nad znaczną częścią południowego Maroka.

Niestety trzęsienie ziemi wyrządziło tu ogromne szkody — duża część kasby została poważnie zniszczona, a niektóre fragmenty są dziś zamknięte lub grożą zawaleniem. Wejście do środka kosztuje 50 MAD, jednak w porównaniu z innymi kasbami, które widzieliśmy później, nie do końca jest to warte swojej ceny. To miejsce ma dziś bardziej wartość historyczną i symboliczną niż stricte turystyczną, będąc jednocześnie świadectwem dawnej potęgi i przemijania.

na herbatce u berbera

Po wyjściu z kasby naszym oczom ukazały się ręcznie tkane dywany, rozwieszone przed niewielkim, niepozornym wnętrzem. Weszliśmy tam bez większych oczekiwań, nie wiedząc, że przy okazji trafimy na herbatkę u Berbera. Gospodarz z uśmiechem zaprosił nas do środka i opowiedział o tradycji parzenia berberyjskiej zielonej herbaty — mocnej, bardzo słodkiej, z dodatkiem świeżej mięty. Dowiedzieliśmy się też, że herbatę zawsze nalewają mężczyźni, bo sam sposób nalewania traktowany jest tu niemal jak sztuka.

Następnie zademonstrował, jak robi się to „po berbersku”: z wysoko uniesionego czajniczka, cienkim strumieniem, tak aby napój odpowiednio się napowietrzył i żeby na powierzchni powstała idealna pianka. 

Do herbaty zostaliśmy poczęstowani lokalnym chlebem maczanym w oleju arganowym. Oczywiście pojawiły się też zachęty do zakupu dywanu, łącznie z propozycją wysyłki do Polski, jednak tym razem się nie skusiliśmy. Daliśmy się za to namówić na olejek arganowy tłoczony przez lokalną spółdzielnię kobiet — małą, autentyczną pamiątkę z tego niespodziewanego i bardzo gościnnego spotkania.

Rytuał parzenia herbatki tak zaintrygował mojego męża, że już tego samego wieczoru rozpoczął trening, próbując trafić z wysokości idealnie w małą szklaneczkę i wyczarować pianę na poziomie mistrzowskim. Muszę przyznać, że niemal od pierwszego podejścia wychodziło mu to zaskakująco dobrze — jakby ćwiczył tę technikę od dziecka. 

Na koniec jeszcze drobna ciekawostka – Marokańczycy nazywają często swoją herbatkę „berberyjską whisky”. Początkowo brzmiało dla nas trochę zagadkowo. Ale kiedy dotarliśmy do Marrakeszu, gdzie odbywały się rozgrywki Pucharu Narodów Afryki, wszystko stało się jasne. W licznych knajpkach i kawiarniach kibicujący mężczyźni siedzieli przy stolikach z dzbankami pełnymi herbaty kibicując ile sił w piersiach. No cóż – jedni kibicują przy piwie, inni przy whisky, choćby berberyjskiej.

Tagi:

architektura, kultura lokalna, ludzie i historie, poza szlakiem, roadtrip, wioski

Udostęnij ten post

Jedna odpowiedź

  1. Zwiedziłam z Wami myślami to miejsce. Czułam ten wiatr na szczycie, czułam te kilkaset kilometrów w nogach. Widząc te kolory i ber…beluchę uśmiechnęłam się szeroko. Dziękuję za tę przygodę. Nie mam zakwasów 🤣

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *