Kiedy dopłynęliśmy do „portu” — czyli do błotnistej skarpy — byliśmy kompletnie mokrzy, ale czyści. Ten stan utrzymał się może pięć minut i bynajmniej nie dlatego, że cudownie wyschliśmy. Deszcz lał bez przerwy, a zbocze było z gliny…
Oszczędzę Wam szczegółów naszego wyglądu po wdrapaniu się na górę i po kolejnym, niemal godzinnym marszu w błocie. Tuż przed dotarciem do celu opłukaliśmy buty w rzece, a resztę brudu zmył z nas wciąż padający deszcz. Pozostało jedynie wylanie wody z kaloszy i już mogliśmy witać się z gospodarzami.
Na miejscu pokazano nam wszystko, co najważniejsze: gdzie możemy się umyć (czyli rzekę), gdzie skorzystać z toalety (czyli… całą dżunglę) oraz gdzie możemy się przebrać w coś suchego. Zaproszono nas do domu rodziny Mentawajów, z którą spędzić mieliśmy najbliższe 2 dni poznając ich kulturę i zwyczaje.
