
Szoty w podróży
1 kwietnia, 2026
Szlak PR03 FLO ma około 7 km długości i mniej więcej 600 m przewyższenia, więc jak na Flores to już całkiem konkretny spacer.
Zdecydowanie warto się na niego wybrać. Według nas jest to jedna z najpiękniejszych tras na całej wyspie — prowadzi przez chroniony obszar centralnej części Flores i klifów zachodniego wybrzeża, a po drodze co chwilę otwierają się widoki na kraterowe jeziora rozsiane wśród zielonych wzgórz. Szlak jest niesamowicie ukwiecony hortensjami i bardzo „fotogeniczny” — co kilka minut masz wrażenie, że właśnie trafiłaś na najlepszy kadr, po czym za zakrętem pojawia się kolejny.
Nasz trekking zaczęliśmy w Fajã Grande — najbardziej na zachód wysuniętej miejscowości w Europie.
To mała, spokojna wioska wtulona między zielone zbocza a ocean. Kilka ulic, białe domy, krowy pasące się gdzieś obok i wodospady spływające ze stromych klifów niemal prosto do przydomowych ogródków.
Fajã Grande to nie jest miejsce pełne atrakcji „do odhaczenia”.
Znajdziesz tu:
To też świetna baza wypadowa — wiele szlaków zaczyna się właśnie tutaj albo bardzo blisko. Wystarczy tylko nieco wyjść poza główną część miasteczka i od razu wkraczasz w krajobraz, który wygląda jak z pocztówki.
Bywaliśmy tu kilkakrotnie, bo w Fajãzinha, gdzie mieszkaliśmy, nie było żadnych sklepów.
Do Fajã Grande przyjeżdżaliśmy więc na podstawowe zakupy, ale też po to, żeby złapać oddech nad oceanem albo się wykąpać. Najlepszym miejscem do zanurzenia stóp w wodzie były naturalne baseny. To skalne niecki wypełnione oceaniczną wodą, osłonięte od fal czarnymi, lawowymi skałami. Kąpiel może nie jest tu super komfortowa bo nie wchodzisz do wody po mięciutkim piaseczku — ale za to woda jest tu dużo cieplejsza niż w oceanie.
Według AllTrails trasę najlepiej przejść w wariancie „z góry na dół” — zaczynając przy jeziorach i schodząc w stronę wodospadu. My jednak kompletnie nie zwróciliśmy na to uwagi i ruszyliśmy w przeciwnym kierunku.
Na samym początku trasy czekał na nas wodospad Poça do Bacalhau. Spada on z wysokiego klifu, tworząc u podnóża naturalny basen otoczony zielenią. Kiedy wieje lekki wiatr i świeci słońce, spływająca woda często łapie światło i tworzy tęczę, dodając temu miejscu jeszcze więcej uroku.
Zachwyceni i zupełnie nieświadomi, że idziemy w przeciwnym kierunku, ruszyliśmy dalej. Już po kilku minutach okazało się, że przed nami około 600 metrów przewyższenia do pokonania na stosunkowo krótkim odcinku. Przy ogromnej wilgotności i temperaturze sięgającej 30 stopni było to naprawdę spore wyzwanie.
Pot spływał z nas strumieniami, zwłaszcza, że momentami szliśmy bardzo stromym zboczem. Ta ścieżka dała nam solidnie w kość.
Finalnie jednak okazało się, że ta „pomyłka” wyszła nam na dobre. W nocy padał deszcz i szlak był bardzo śliski — schodząc w dół, trzeba by było uważać na każdy krok, a w niektórych miejscach utrzymanie równowagi mogłoby być sporym wyzwaniem. Dzięki temu podejściu dotarliśmy na górę zmęczeni, ale za to bez żadnych nieprzyjemnych przygód.
Na górze przywitała nas mgła. Usiedliśmy na chwilę, żeby złapać oddech i poczekać, aż choć trochę się przejaśni. Na początku nie było widać ani oceanu, ani miasteczka u podnóża — wszystko zniknęło w mlecznej bieli.
Zostaliśmy więc tylko my i hortensje.
A tych było tu naprawdę mnóstwo — wyrastały niemal wszędzie, tworząc naturalne ściany wzdłuż ścieżki i miękko rozlewając się po zboczach. W tej mgle kolory były jakby przygaszone, bardziej pastelowe, powiedziałabym … bajkowe. Cisza, wilgoć w powietrzu i ta wszechobecna zieleń sprawiały, że bardziej niż trekking, przypominało to spacer przez zaczarowany ogród.
Ponieważ pogoda nie dała nam się w pełni nacieszyć urokiem tego miejsca, wróciliśmy tu po dwóch dniach. Tym razem przyszliśmy wieczorem — przy pięknej pogodzie — żeby zobaczyć to wszystko, co wcześniej skrywała mgła. Wybraliśmy też „właściwy” kierunek i przeszliśmy tylko fragment trasy, bez schodzenia do miasteczka.
Wróćmy jednak do samego trekkingu. Idąc otuleni mgłą weszliśmy w obszar płaskowyżu Morro Alto — najwyżej położonej części wyspy. Krajobraz znowu się zmienił. Zrobiło się bardziej płasko. Otaczały nas pola pokryte trawami, krzewinkami i rzecz jasna – hortensjami. Pomiędzy tym wszystkim wiła się bordowo-brunatna droga . Mgła pojawiała się i znikała. Na szlaku byliśmy zupełnie sami.
Chcąc dotrzeć do jeziora Lagoa Branca trzeba było nieco zboczyć z szerokiej drogi i wejść na węższą, momentami błotnistą ścieżkę porośniętą krzakami. Po kilku minutach przed nami pojawiło się niewielkie, spokojne jezioro ukryte wśród miękkich, zielonych wzgórz
Kolejne jezioro leży praktycznie przy samej drodze, więc można do niego dotrzeć bez większego wysiłku — nawet autem. Kiedy jednak byliśmy tu w lipcu, trudno było nazwać to miejsce jeziorem.
Lagoa Seca zamiast tafli wody przypominała raczej zieloną, lekko zapadniętą dolinę porośniętą trawą i niską roślinnością. Dopiero z góry widać wyraźnie jej kształt — jakby ktoś odcisnął w krajobrazie ślad dawnego krateru.
To jedno z tych miejsc, które zmieniają się w zależności od pogody i pory roku. Czasem pojawia się tu woda, ale często pozostaje „sucha”.
Łatwo ją przeoczyć, bo nie robi od razu spektakularnego wrażenia
Kolejne jeziora były nieco oddalone. Doszlismy do nich wąską ścieżką prowadzącą między polami ale bez problemu można dojechać również samochodem (tuż obok punktu widokowego znajduje się parking).
Z Miradouro Lagoa Negra e Lagoa Comprida rozciąga się widok na dwa zupełnie różne jeziora: Lagoa Negra o ciemnej, niemal czarnej wodzie i Lagoa Comprida, która jest jaśniejsza, zielonkawo-złotawa. Ten kontrast sprawia, że oba jeziora razem wyglądają naprawdę wyjątkowo — i co najlepsze, możesz uchwycić je na jednym zdjęciu, nawet bez drona.
O jeszcze innych jeziorach na Flores – przeczytasz TUTAJ
Opisywany szlak jest jednokierunkowy, więc chcąc wrócić pieszo do miejsca, gdzie zostawiłeś auto, masz do wyboru albo tę samą trasę, albo powrót asfaltową drogą. My na szczęście mieliśmy w ekipie biegacza, który w ramach dziennego treningu pobiegł po auto, kiedy reszta mogła na spokojnie relaksować się przy jeziorach.
Zmęczeni, ale i usatysfakcjonowani tym, co zobaczyliśmy, wsiedliśmy do auta i w drodze powrotnej zajechaliśmy jeszcze na Miradouro Craveiro Lopes, które okazało się wisienką na torcie całego dnia. Z punktu widokowego widać całe zachodnie wybrzeże wyspy — wysokie klify opadające do oceanu, w tym okolice Ribeira do Ferreiro, oraz szeroką panoramę Atlantyku.
Ruszając na szlak PR 3 FLO, warto pamiętać o kilku rzeczach: