
Szoty w podróży
14 stycznia, 2026
Bilety do Maroka kupiliśmy pół roku wcześniej. Trasę, noclegi i atrakcje dopięliśmy na ostatni guzik, nie przewidując jednego – że grudzień potrafi zaskoczyć śniegiem. Tym razem, na dobę przed Sylwestrem, spadło go tyle, co przez kilka ostatnich lat razem wziętych. Zamiast spokojnej drogi do Warszawy była nocna walka z zasypaną S7, jazda w śnieżnej zamieci, opóźnienia lotów spowodowane kiepską pogodą i – na deser – awaria samolotu. Po kilkunastu godzinach podróży, zmęczeni, ale szczęśliwi, na godzinę przed północą wylądowaliśmy w sercu Gór Atlas, witając Nowy Rok dokładnie tam, gdzie mieliśmy być.
Marokańczycy nie świętują Sylwestra, dlatego ten wieczór był pozbawiony fajerwerków i noworocznego odliczania. W zamian w Villa de l’Atlas w Asni czekała na nas kameralna kolacja, podana w pięknym, tradycyjnym wnętrzu. Byliśmy jedynymi gośćmi. Na talerzach pojawiły się marokańskie klasyki – aromatyczny tagine, chrupiące trójkątne briouaty, domowy chleb, duszona marchewka posypana cynamonem, zapiekane cukinie, różnego rodzaju pasty oraz słodki deser: cienki naleśnik z budyniowym nadzieniem, delikatnie polany miodem.
W Nowy Rok, tuż po śniadaniu, przenieśliśmy się z Asni do Tamatert. To niedaleka trasa i pewnie spędzilibyśmy tam dwie noce, gdybyśmy nie przylecieli do Maroka tak późno. Ponieważ na miejsce mieliśmy dotrzeć tuż przed zmrokiem, zdecydowaliśmy się – na szczęście – na nocleg jeszcze przed właściwym wjazdem w góry. Te niespełna dwadzieścia kilometrów okazało się kręte, a droga daleka od ideału, więc jazda nią po ciemku mogłaby być niepotrzebnym ryzykiem. W świetle poranka było zdecydowanie bezpieczniej i bardziej urokliwie.
Tamatert to niewielka berberyjska wioska położona w dolinie Imlil na wysokości około 1800 m n.p.m. Choć dzieli ją od głównej osady zaledwie kilkanaście minut spaceru, panuje tu zupełnie inna atmosfera – ciszej, spokojniej, bardziej lokalnie. Kamienne domy wtapiają się w górski krajobraz, a wąskie ścieżki prowadzą między tarasowymi polami i sadami. Życie toczy się tu prostym rytmem, z dala od pośpiechu i turystycznego zgiełku, który nawet w tak mało atrakcyjnym miesiącu jakim jest grudzień – dotarł do Imlil.
Po szybkim zapoznaniu się z okolicą ruszyliśmy na pierwszy noworoczny spacer. Wybraliśmy trasę prowadzącą do schroniska Amgdoule. Liczyła około 16 kilometrów, ale była bardzo prosta i wyjątkowo przyjemna. Szliśmy niemal cały czas asfaltem – gdyby na zboczach nie zalegał śnieg, pewnie kilka razy skusilibyśmy się na skróty. Ponieważ mieliśmy ze sobą tylko jedną parę butów, których nie chcieliśmy przemoczyć, ta opcja okazała się najbardziej rozsądna.
Nie było stromych podejść – na ośmiu kilometrach trasy przewyższenie wynosiło zaledwie około 300 metrów, więc ani razu nie złapaliśmy zadyszki. Ot szliśmy przed siebie, podziwiając nieustannie towarzyszące nam widoki na ośnieżone szczyty Atlasu, doliny i rozsiane po zboczach berberyjskie wioski. Zimowe światło i pojawiające się co jakiś czas czyste, błękitne niebo pięknie podkreślały surowość gór.
Pod schroniskiem zrobiliśmy przerwę na herbatę. Podano nam ją nam tradycyjnie w metalowym dzbanku. Obok pojawiły się wyjątkowo duże kostki cukru i dwie małe szklaneczki. Siedzieliśmy chwilę delektując się miętowym aromatem i podziwiając spektakularne wprost okolice.
Na gorący tagine nie daliśmy się namówić, choć kusił nas niesamowicie. Wiedzieliśmy jednak, że po powrocie do riadu czekać będzie na nas pyszna kolacja. Wymieniliśmy więc kilka słów z gospodarzem, który próbował nas jeszcze zachęcić do posiłku i ruszyliśmy w drogę powrotną.
Droga powrotna prowadziła nas tą samą, wąską asfaltową nitką, wciśniętą między śnieżne zaspy a zbocza gór. Momentami wyglądała jak wyrysowana linia pośrodku zimowego krajobrazu – czarna, czysta i zupełnie pusta. Nad nami rozciągało się intensywnie błękitne niebo z poszarpanymi chmurami, a ośnieżone stoki, porozrzucane skały i pojedyncze sosny tworzyły surową, niemal nierealną scenerię.
W pewnym momencie, daleko na horyzoncie, dostrzegliśmy coś, co z początku wyglądało jak dziwna, niemal biała skała. Dopiero po chwili, zerkając na mapę, zrozumieliśmy, że patrzymy na pustynię Agafay – kamienistą, półpustynną krainę położoną niedaleko Marrakeszu. Jasne, falujące wzgórza wyraźnie odcinały się od ciemniejszych zboczy Atlasu, tworząc zaskakujący kontrast.
To było chyba najbardziej spektakularne boisko, jakie widzieliśmy w życiu. Na zboczu góry, na zakręcie drogi, z dwiema metalowymi bramkami i nierówną, kamienistą nawierzchnią, rozgrywał się mecz małych sportowców, którzy absolutnie nie przejmowali się scenerią. W pewnym momencie piłka poszybowała w dół zbocza, ale chłopcy nawet na chwilę nie stracili animuszu. Szybko wytypowali śmiałka, który musiał pokonać kilkaset metrów, żeby ją odnaleźć, a reszta została na górze i dzielnie mu kibicowała.
Pod koniec spaceru słońce zaczęło powoli chować się za grzbietami gór. Światło miękło z minuty na minutę, a zbocza Atlasu nabierały ciepłych, złotych i różowych odcieni. Zmęczeni zarwaną nocą i przemaszerowanymi kilometrami wróciliśmy powoli do naszege miejsca noclegowego.
Kiedy wyszliśmy na balkon, chcąc tego dnia po raz ostatni rzucić okiem na góry, okazało się, że nasz budynek sąsiaduje bezpośrednio z meczetem. Jeśli ktoś jeszcze nie wie – muzułmanie modlą się pięć razy dziennie, a wezwanie do modlitwy jest zawsze dobrze nagłośnione, tak aby było słyszane z daleka. Słyszeliśmy więc absolutnie wszystko, z dokładnością do każdego słowa i dźwięku. Dodatkowo noc okazała się wyjątkowo wietrzna, a w naszym pokoju zamiast szyb były drewniane okiennice, które z izolacją miały niewiele wspólnego. Tak zakończył się nasz pierwszy noworoczny dzień w Maroku – dzień z widokiem na góry, dźwiękiem nawoływań do modlitwy i świadomością, że jutro na pewno obudzimy się bardzo wcześnie… czy tego chcemy, czy nie.