Po wyjściu z kasby naszym oczom ukazały się ręcznie tkane dywany, rozwieszone przed niewielkim, niepozornym wnętrzem. Weszliśmy tam bez większych oczekiwań, nie wiedząc, że przy okazji trafimy na herbatkę u Berbera. Gospodarz z uśmiechem zaprosił nas do środka i opowiedział o tradycji parzenia berberyjskiej zielonej herbaty — mocnej, bardzo słodkiej, z dodatkiem świeżej mięty. Dowiedzieliśmy się też, że herbatę zawsze nalewają mężczyźni, bo sam sposób nalewania traktowany jest tu niemal jak sztuka.
Następnie zademonstrował, jak robi się to „po berbersku”: z wysoko uniesionego czajniczka, cienkim strumieniem, tak aby napój odpowiednio się napowietrzył i żeby na powierzchni powstała idealna pianka.
Do herbaty zostaliśmy poczęstowani lokalnym chlebem maczanym w oleju arganowym. Oczywiście pojawiły się też zachęty do zakupu dywanu, łącznie z propozycją wysyłki do Polski, jednak tym razem się nie skusiliśmy. Daliśmy się za to namówić na olejek arganowy tłoczony przez lokalną spółdzielnię kobiet — małą, autentyczną pamiątkę z tego niespodziewanego i bardzo gościnnego spotkania.
Zwiedziłam z Wami myślami to miejsce. Czułam ten wiatr na szczycie, czułam te kilkaset kilometrów w nogach. Widząc te kolory i ber…beluchę uśmiechnęłam się szeroko. Dziękuję za tę przygodę. Nie mam zakwasów 🤣