Z wizytą u Mentawajów

Azja, Indonezja, Mentawaje

podróż

Wyspa Siberut leży u zachodnich wybrzeży Sumatry w archipelagu Mentawaje, daleko poza głównymi szlakami turystycznymi Indonezji, oddzielona od świata szeroką taflą Oceanu Indyjskiego i gęstwiną tropikalnej dżungli. Kiedy po raz pierwszy przeczytałam o tym miejscu oraz o mieszkających tu ludziach, od razu wiedziałam, że musimy tam dotrzeć — choćby droga miała być długa i ciężka.

I rzeczywiście nie było łatwo. Wystartowaliśmy z Warszawy, lecąc liniami Turkish Airlines przez Stambuł do Singapuru, potem samolotem linii Scoot na Sumatrę, do Padang, a dalej promem na Siberut. Sama podróż (bez noclegów) zajęła ponad dobę, a jej ostatni etap okazał się prawdziwym sprawdzianem cierpliwości: opóźniony lot, zagubiony jedyny bagaż z większością naszych rzeczy, gorączkowe poszukiwanie karty do telefonu, gotówki i ubrań na kilka minut przed zamknięciem sklepów, szybka kolacja zjedzona niemal w biegu i świadomość, że o świcie odpływa prom, którego nie możemy przegapić bo następny jest za 2 dni. Wakacje zaczęły się więc z przytupem — jeszcze zanim na dobre dotarliśmy na koniec świata.

Po dotarciu na Siberut nie było czasu na długie odpoczywanie. Czekały nas szybkie zakupy niezbędnych rzeczy do dżungli, przede wszystkim kaloszy, kremów do opalania i środków przeciw insektom. Potem błyskawiczna herbata wypita w biegu i wyruszylismy ku przygodzie.

wyprawa łodzią

Kolejna część naszej podróży miała odbywać się łodzią. Nasze bagaże zapakowano w plastikowe worki, żeby nie zmokły w razie deszczu. Ponieważ zaczynało się chmurzyć, wyjęliśmy z plecaków płaszcze przeciwdeszczowe, żeby w razie czego nie trzeba było ich gorączkowo szukać.  Dorzuciliśmy je do worków z bagażami — uznając, że jeśli zacznie padać, przewodnicy po prostu nam je podadzą.

Nie wzięliśmy jednak pod uwagę jednego: łódź była wąska i bardzo wrażliwa na każdy ruch. Odwracanie się w trakcie płynięcia nie wchodziło w grę, a przez głośny silnik zamontowany z tyłu nie było żadnej możliwości porozumienia się z tymi, którzy pilnowali naszych rzeczy.

Oczywiście po kilkunastu minutach zaczęło padać. Nie był to rzecz jasna jakiś przelotny deszczyk, ale najprawdziwsza, równikowa ulewa. Przewodnicy — naturalnie bez deszczaków, bo to twardzi ludzie są — najwyraźniej uznali, że my również podejmujemy wyzwanie i mokniemy razem z nimi. Nikomu nie przyszło do głowy, by podać przemoczonym „białym twarzom” płaszcze schowane w workach.

nasz prywatny kawałek dżungli

Kiedy dopłynęliśmy do „portu” — czyli do błotnistej skarpy — byliśmy kompletnie mokrzy, ale czyści. Ten stan utrzymał się może pięć minut i bynajmniej nie dlatego, że cudownie wyschliśmy. Deszcz lał bez przerwy, a zbocze było z gliny…

Oszczędzę Wam szczegółów naszego wyglądu po wdrapaniu się na górę i po kolejnym, niemal godzinnym marszu w błocie. Tuż przed dotarciem do celu opłukaliśmy buty w rzece, a resztę brudu zmył z nas wciąż padający deszcz. Pozostało jedynie wylanie wody z kaloszy i już mogliśmy witać się z gospodarzami.

Na miejscu pokazano nam wszystko, co najważniejsze: gdzie możemy się umyć (czyli rzekę), gdzie skorzystać z toalety (czyli… całą dżunglę) oraz gdzie możemy się przebrać w coś suchego. Zaproszono nas do domu rodziny Mentawajów, z którą spędzić mieliśmy najbliższe 2 dni poznając ich kulturę i zwyczaje.

uma

Uma to coś znacznie więcej niż dom — to serce życia społecznego, duchowego i rodzinnego Mentawajów. W tej dużej, wspólnej przestrzeni mieszkają spokrewnione rodziny, tu odbywają się codzienne zajęcia, rytuały i spotkania, a świat ludzi przenika się ze światem duchów. 

Coś co od razu rzuciło nam się w oczy to nietypowe dekoracje rozmieszczone w różnych miejscach mentawajskiego domu. Wnętrze zdobiły przedmioty, które nam wydawały się dziwne, a momentami nawet niepokojące — czaszki, kości, pióra i rytualne ozdoby zawieszone pod dachem. Jak się okazało, każdy z tych elementów ma znaczenie duchowe i opowiada jakaś historię oraz pokazuje więzi jakie łączą mieszkańców domu ze światem natury.

kolacja

Po krótkim zapoznaniu się z nowym miejscem rozpoczęliśmy wspólne przygotowywanie kolacji. Głównymi kucharzami zostali nasi przewodnicy i opiekunowie — Sulaiman i Torin — którzy ugotowali dla nas ryż oraz przyrządzili kilka prostych dań z warzyw i mięsa. Poczęstowano nas także tradycyjnym sago, upieczonym w liściach palmy i podanym z samodzielnie przygotowanym sosem chili.

Najedzeni i niesamowicie zmęczeni, zaraz po kolacji poszliśmy spać.

pobudka

Około godziny 5:00 obudziła nas dżungla — a dokładniej kury, koguty i świnie. Część z nich jest oswojona, część żyje niemal dziko, ale bez względu na stopień udomowienia o świcie wszystkie zaczęły niemiłosiernie hałasować, skutecznie stawiając nas na nogi. Był to budzik bez opcji „drzemki”.

Świnie w tym regionie są symbolem bogactwa, prestiżu i więzi rodzinnych. Pojawiają się podczas najważniejszych ceremonii i jako ofiary składane duchom, dlatego ich mięso spożywa się głównie przy wyjątkowych okazjach. Kury natomiast towarzyszą codziennemu życiu wokół uma i odgrywają istotną rolę w rytuałach uzdrawiania, stając się pośrednikiem między światem ludzi a światem duchów.

Od Sulaimana dowiedzieliśmy się również, że zwierzęta te pełnią ważną rolę w tradycyjnych relacjach małżeńskich: młody chłopak starający się o rękę dziewczyny udaje się do jej ojca, aby ustalić liczbę świń i kur, które musi przekazać rodzinie przyszłej żony. Zaczęliśmy się więc pół żartem zastanawiać, ile zwierząt musiałby dostarczyć kandydat, gdyby chciał powalczyć o rękę naszej córki.

kabit

Po śniadaniu ruszyliśmy w głąb dżungli w poszukiwaniu drzewa, z którego nasi mężczyźni mieli przygotować sobie kabit czyli tradycyjną przepaskę na biodra. Droga bardzo się dłużyła — szliśmy i szliśmy, a pot spływał po twarzach, rękach, nogach i wszystkich innych częściach ciała. W temperaturze sięgającej 35 stopni i wilgotności bliskiej stu procent każdy krok wymagał wysiłku. Na czele naszej małej gromady dostojnie maszerował szaman Aman — bez butów, bez zadyszki i bez skraplającego się wszędzie potu –  jakby upał i wilgoć zupełnie go nie dotyczyły.

Gdy w końcu znaleźliśmy odpowiednie drzewo, Aman ściął je rozpoczynając tym samym proces powstawania „tkaniny”. Najpierw z kory wycinał paski o szerokości kilku centymetrów, następnie oddzielał włókna, by na końcu długo je rozbijać narzędziem przypominającym coś pomiędzy maczugą, a tłuczkiem do mięsa. 

Majtochy powstały dla ojca i synów, ale żaden z naszych „modeli” nie wyraził zgody na publikację zdjęć — musicie więc zadowolić się widokiem Amana i uruchomić własną wyobraźnię

ubek

W trakcie spaceru Aman pokazł nam również jak przygotowuje się tradycyjne mentawajskie papierosy, zwane ubek. Są one ręcznie skręcane z tytoniu lub suszonych, drobno krojonych liści taro zawijanych w młode liście bananowca.  Powstają w ten sposób naturalne, aromatyczne „papierosy”, których dym ma lekki, ziemisty zapach nieco przypominający aromat wilgotnego lasu. Dzielenie się ubekiem jest dla Mentawajów ważnym gestem gościnności. Towarzyszy rozmowom, chwilom odpoczynku i codziennym spotkaniom.

Dziś jednak widać wyraźne zmiany. Wielu młodszych mężczyzn sięga po papierosy produkowane fabrycznie, łatwiejsze do zapalenia. Dostarczają im je ci, którzy łodziami udają się do wiosek na zakupy lub turyści, którzy docierają do nich z odwiedzinami.  Mentawaje palą bardzo dużo. Można powiedzieć, że dym towarzyszy im niemal bez przerwy.

larwy

Jednym z bardziej zaskakujących elementów diety Mentawajów są tamara — duże, białe larwy chrząszczy rozwijające się w rozkładającym się pniu ściętej palmy sagowej. To cenne, źródło tłuszczu i białka, ważne zwłaszcza w diecie opartej głównie na sago i roślinach.

Aman pokazał nam, jak rozpoznawać odpowiednie, rozkładające się pnie i w jaki sposób szukać ukrytych w nich larw, które miejscowi zbierają ręcznie. 

Mentawajowie jedzą je często na surowo, traktując jako naturalną i wartościową przekąskę. Dla nas jednak Sulaiman postanowił przygotować je w nieco bardziej „przystępnej” wersji — nadział larwy na patyk i powoli upiekł nad ogniskiem, aż zaczęły skwierczeć w ogniu. Zapach był… intrygujący, a w smaku przypominały usmażony, tłusty boczek.

bananowe spódniczki

Po krótkiej przerwie przyszła pora na zadanie dla kobiet.  Rozpoczęłyśmy przygotowania do połowu ryb. Własnoręcznie zrobiłyśmy spódniczki ze świeżych liści bananowca, które później założyłyśmy przed wejściem do wody. Mentawajki pokazały nam też jak robi się sieci, używając narzędzia przypominającego szydełko.

łowienie ryb

Łowienie ryb jest tradycyjnie domeną kobiet i odbywa się zarówno w ciągu dnia, jak i po zmroku. My uczestniczyliśmy w dziennym połowie zwanym Paligagra — kobiety pracowały razem w płytkiej wodzie, używając ręcznie wykonanych sieci i z niezwykłą cierpliwością wypatrując małych ryb i krewetek. Początkowo mieliśmy pewne opory przed zanurzaniem się w nieprzezroczystej wodzie, bo nie wiedzieliśmy, co może kryć się pod jej powierzchnią. Gdy jednak okazało się, że jest ona przyjemnie chłodna i niezwykle orzeźwiająca, wszyscy szybko przełamaliśmy wahanie i z coraz większą radością nurkowaliśmy w rzece.

Gdy zobaczyliśmy, że znowu zbiera się na deszcz, przyspieszyliśmy kroku i nieco szybciej ruszyliśmy w drogę powrotną do domu. Udało nam się jednak jeszcze przez chwilę nacieszyć dżunglą skąpaną w pełnym słońcu — widokiem naprawdę niezwykłym. Soczyście zielona roślinność pięknie odcinała się na tle błękitnego nieba, a gdzieniegdzie pojawiające się kolorowe kwiaty dodawały tej scenerii niemal bajkowego charakteru.

zatrute strzały

Kiedy na zewnątrz znów zaczął padać deszcz, nasi gospodarze postanowili pokazać nam kolejny element swojej tradycji — przygotowywanie zatrutych strzał używanych podczas polowań. W kulturze Mentawajów polowanie jest nadal jednym ze sposobów zdobywania pożywienia. Do łowów na większą zwierzynę wykorzystuje się strzały, których groty pokrywane są specjalnie przygotowaną trucizną z liści, kory i korzeni leśnych roślin, często z dodatkiem chili i imbiru. Umiejętność jej wytwarzania przekazywana jest wyłącznie doświadczonym myśliwym i stanowi ważną część lokalnej tradycji.

Trucizna działa szybko, paraliżując układ nerwowy lub mięśnie zwierzęcia, co pozwala na możliwie humanitarne zakończenie polowania.

szachy

Po ciężkiej pracy przyszła pora na relaks. Okazało się, że Mentawajowie uwielbiają szachy — drewniana plansza szybko pojawiła się na stole, a wokół niej zgromadzili się kibice z nie mniejszym zaangażowaniem niż przy prawdziwym turnieju. Partie rozgrywano w skupieniu, ale też z dużą dawką śmiechu i serdeczności.

Niestety w starciu z naszym rodzinnym mistrzem wielkich szans nie mieli. Sorki, chłopaki, ale Jasiek z wieżą i królem w ręku chyba po prostu się urodził.

pożegnanie

Ostatni dzień naszego pobytu przywitał nas intensywnym słońcem, a wraz z nim wysoką temperaturą i jeszcze większą wilgotnością — słowo „duszno” nabrało zupełnie nowego znaczenia.

Po przepysznych naleśnikach kokosowych polanych lokalnym mlekiem i zrobieniu pamiątkowego, pożegnalnego zdjęcia ruszyliśmy w drogę powrotną. Deszcz z poprzedniego dnia zostawił po sobie ogromne kałuże i wszechobecne błoto. Wpadaliśmy w nie regularnie, ale po dwóch dniach spędzonych w dżungli przestało to mieć jakiekolwiek znaczenie — chyba nabraliśmy znacznie luźniejszego podejścia do czystości.

Szliśmy więc powoli, próbując zapamiętać każdy zapach, kolor i dźwięk tego miejsca — bo choć wiedzieliśmy, że to koniec tej przygody, czuliśmy też, że Mentawaje zostaną w naszych sercach na zawsze.

podsumowanie

Podsumowując pobyt u Mentawajów, mogę Wam powiedzieć, że była to genialna przygoda. Z jednej strony nieco komercyjna — bo robienie męskich majtek, łowienie rybek czy wykonywanie strzał to ich stałe punkty programu, które serwują swoim gościom — ale z drugiej strony wspólne kucharzenie, gra w szachy, drobne gesty, mnóstwo rozmów, nowe znajomości czy łzy gospodyni na pożegnanie były takimi „gratisami”, które tę komercję całkowicie przyćmiły.

Wyprawa do Mentawajów nie jest dla każdego — trzeba być choć trochę sprawnym fizycznie, bo to dość wymagająca przeprawa, okraszona wysoką temperaturą i dużą wilgotnością. Nie można też być wrażliwym na brud, błoto czy momentami dość specyficzne jedzenie.

Jeśli się tego nie boisz, polecam z czystym sercem. Dla nas był to wyjątkowy czas w bardzo wyjątkowym miejscu, z jeszcze bardziej wyjątkowymi ludźmi.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *