Essaouira (As-Suwajra)

Afryka, Maroko

oddech nad atlantykiem

Do Essaouiry dotarliśmy po dziewięciu dniach naprawdę intensywnej podróży. Za nami były długie godziny w aucie, serpentyny, przełęcze, małe wioski i niemal 1500 kilometrów przejechanych przez Maroko (począwszy od Gór Atlas, przez wąwóz Dades, pustynię Sahara, a po plaże w Lagzira)

Tego dnia po południu musieliśmy oddać samochód w Marrakeszu, więc od początku wiedzieliśmy, że czasu nie będzie dużo. Dokładnie trzy godziny. Tyle „zarezerwowaliśmy” dla Essaouiry. Trzy godziny na miasto, które — jak zakładaliśmy — będzie kolejnym głośnym, intensywnym przystankiem na trasie.

Zaplanowaliśmy więc krótki spacer, żeby po prostu zobaczyć najważniejsze punkty i ruszyć dalej. W naszych podróżach miasta omijamy szerokim łukiem — zdecydowanie bliżej nam do natury i lokalnych klimatów niż do miejskiego zgiełku.

Oj, jak bardzo się tym razem pomyliliśmy. I jak bardzo żałowaliśmy później, że nie zaplanowaliśmy tu przynajmniej jednego pełnego dnia. No cóż — może kiedyś nadrobimy.

Zwiedzanie zaczęliśmy o poranku. I to był najlepszy możliwy wybór. Zanim jeszcze weszliśmy w uliczki medyny, powitał nas ocean. Cichy. Spokojny. Z szeroką, niemal pustą plażą, po której spacerowały mewy. Było chłodno, świeżo i jakoś tak… zwyczajnie przyjemnie. 

spacer po porcie

W porcie klimat zmienił się diametralnie. Właśnie wracali rybacy z połowu i nagle znaleźliśmy się w samym środku typowego marokańskiego świata barw, dźwięków i zapachów.

Przy brzegu ciasno „zaparkowane” były łodzie i łódki w intensywnie granatowym kolorze. Na pokładach i nabrzeżu leżały porozkładane czerwone sieci, splątane liny i plastikowe skrzynki, a rybacy zaczynali wystawiać swoje „łupy” — srebrzyste ryby, ośmiornice, kraby — które kolorystycznie idealnie wpisywały się w ten portowy krajobraz.

Pachniało świeżą rybą.

Było głośno — rybacy krzyczeli do siebie, przekrzykiwali mewy, które doskonale wiedziały, że to ich moment na szybkie śniadanie. Do tego gwar mieszkańców robiących poranne zakupy. Ciasno, głośno, dynamicznie. Marokańsko po prostu.

Było to jednak tak niesamowicie naturalne, że aż chciało się tu zostać, żeby zjeść taką świeżą rybkę, żeby posiedzieć i popatrzeć jak wygląda ten targ bez filtra.

To był taki lokalny „smaczek”, którego nie da się zaplanować ani wyreżyserować.

mury i bastiony

Na dłuższy spacer po murach niestety zabrakło nam czasu — tak bardzo wciągnął nas port i targ rybny. Zobaczyliśmy więc tylko fragment fortyfikacji tuż przy porcie, ale nawet ten krótki odcinek wystarczył, żeby poczuć charakter tego miejsca.

Kamienne bastiony Essaouiry robią wrażenie swoją surowością. Jasny, piaskowy kolor murów pięknie kontrastuje z intensywnym błękitem nieba i oceanu natomiast ciężkie armaty skierowane w stronę Atlantyku przypominają, że to nie była tylko ozdoba miasta. Fortyfikacje powstały w XVIII wieku, kiedy sułtan Mohammed III postanowił stworzyć tu nowoczesny port handlowy i ufortyfikowane miasto. W ich projektowaniu brali udział europejscy inżynierowie, dlatego mury mają nieco „śródziemnomorski” charakter i różnią się od typowej, starszej zabudowy marokańskich medyn.

medyna

Z portu skierowaliśmy się w stronę medyny. Wiedzieliśmy, że jest wpisana na listę Unesco więc zakłądalismy, że musi być to ciekawe miejsce. Tu postanowiliśmy zgubić się w jej uliczkach i chodzić, nie szukając niczego konkretnego. Maszerowaliśmy więc przed siebie, skręcając raz w prawo, raz w lewo, bez planu i bez mapy.

Szeroka główna ulica szybko zamieniła się w węższe przejścia wyłożone nierówną kostką. Białe, lekko nadgryzione zębem czasu ściany odbijały światło, a niebieskie okiennice i kolorowe, zdobione bramy co chwilę przyciągały wzrok.

Im dalej od głównego traktu, tym robiło się ciszej. Czasem mijaliśmy kogoś w pośpiechu, czasem zupełnie nikogo. Bez presji, bez nachalnego zachęcania do zakupów. Zdecydowanie inaczej niż w Marrakeszu — spokojniej, swobodniej, jakby z większym dystansem. Można było po prostu iść i chłonąć miejsce, zamiast nieustannie komuś odmawiać.

Uwaga: jeśli planujesz kupować pamiątki z Maroka, Essaouira wydaje się bardzo dobrą opcją. Atmosfera jest tu zdecydowanie spokojniejsza, negocjacje mniej agresywne, a wybór naprawdę duży — od ceramiki i tekstyliów po obrazy i drobne rękodzieło.

ceramika marokańska

Medyna jest też pełna małych, ukrytych w bocznych uliczkach manufaktur. Zazwyczaj nie są to miejsca z dużymi witrynami i marketingiem nastawionym na turystów. Często to maleńkie punkty z niepozornym wejściem, za którym toczy się zwyczajne rzemieślnicze życie.

Można zajrzeć do środka i po prostu patrzeć. Ktoś tka na tradycyjnym krośnie, ktoś inny ręcznie szlifuje drewno, ktoś precyzyjnie dopracowuje detale małej szkatułki. Słychać stukot narzędzi, widać skupienie i powtarzalność ruchów. Bez pośpiechu, bez pokazów „pod publiczkę”. Te manufaktury działają tu od lat — a niektóre nawet od pokoleń.

koniec czasu

I tu skończył nam się czas 🙁 Trzeba było ruszać w stronę Marrakeszu. Wyjeżdżaliśmy z Essaouira z ogromnym niedosytem — z poczuciem, że ledwie musnęliśmy to miejsce.

To nie było miasto „do zaliczenia”. Nie powinniśmy z niego robić przerywnika na trasie. To miejsce, do którego chce się wrócić — żeby spróbować owoców morza świeżo ugrillowanych kilka metrów od portu, przemaszerować się murami obronnymi bez zerkania na zegarek, pochodzć po medynie spokojnie, bez pośpiechu, delektując się jej detalami.

Essaouira zasługuje na minimum 1–2 dni. Jeśli będziecie tam jechać, dajcie sobie czas, żeby poczuć jej klimat. Naprawdę warto.

mewy na tle błekitnego nieba

Tagi:

architektura, ocean, plaże, zabytki, zwiedzanie miast

Udostęnij ten post

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *