Wodospad Langkuik Tinggi

Langkuik Tinggi Waterfals

Azja, Indonezja, Sumatra

sumatra zachodnIA

Sumatra Zachodnia to nie jest kierunek „z katalogu”. Tu nie przyjeżdża się, żeby poleżeć na leżaku i wypić drinka z palemką. Przyjeżdża się tu dla gór, dla dżungli, dla nieziemskich wręcz widoków i dla poznania kultury zupełnie innej niż wszystkie. Przyjeżdża się tu dla przygody!

Nasza przygoda zaczęła się w Padang, gdzie odebrał nas nasz przewodnik Rezi. Pierwszym miejscem, do którego się kierowaliśmy, były wodospady Langkuik Tinggi, położone w dystrykcie Malalak, w regencji Agam. Obszar ten leży u podnóża gór Singgalang i Tandikek, w górzystym, silnie zalesionym regionie oddalonym o około 40 km od miasta Bukittinggi. Dojazd do punktu, z którego rozpoczynaliśmy trekking, zajął nam około dwóch godzin.

Po dotarciu na miejsce spotkaliśmy się z lokalnym przewodnikiem, który miał poprowadzić nas przez kolejne wodospady, uregulowaliśmy opłatę za wstęp – 5 000 rupii od osoby i ruszyliśmy na wyprawę.

kamienie, zeka i zieleń dzungli
rzeka w dzungli

Air Terjun Tarak Pipa

Pierwszym wodospadem na trasie był Air Terjun Tarak Pipa. Dotarliśmy do niego po około 40 minutach marszu. Początek szlaku był w miarę łagodny: kilka schodków w dół, potem wąska ścieżka prowadząca przez dżunglę, momentami nieco bardziej stroma, ale generalnie wciąż w naszym standardzie rodzinnych „spacerów”.

wodospad po drodze do Langkuik Tinggi

po linie, po glinie...

Dość szybko okazało się jednak, że trzeba zapomnieć o łatwym i lekkim podziwianiu widoków. Jeśli chcieliśmy coś zobaczyć, pora było się trochę wysilić. Podłoże zrobiło się strome i śliskie, a liny, które miały wspierać turystów w marszu, w naszym przypadku raczej pomagały kontrolować… tempo zjeżdżania w dół. Do tego dochodziła ogromna wilgotność i tropikalny upał – powietrze było ciężkie, a pot ciekł po każdej częśći naszego ciała. Przestaliśmy się też łudzić, że nasze „europejskie”, czyściutkie stroje będą się do czegokolwiek nadawały po wyjściu z dżungli.

lina, dzungla, skała

drugi wodospad

Drugim wodospadem na trasie był Air Terjun Bara Angin, położony około 200 metrów dalej od Tarak Pipa. Choć nie jest tak wysoki jak główny wodospad Langkuik Tinggi, na nas zrobił spore wrażenie. Jest on przepięknie położony. Woda spływa tu po skalnych stopniach, a wokół panuje typowy dla dżungli półmrok i wilgoć, które sprawiają, że wszystko dookoła jest tak niesamowicie zielone. .

wodospad i zieleń dzungli
wodospad po drodze do Langkuik Tinggi
wodospad na tle zielonej dżungli

motyle

Naszą uwagę skradło jednak coś jeszcze. Na wilgotnej ziemi i mokrych kamieniach siedziało całe stado małych, turkusowych i zółtych motyli. Było ich naprawdę mnóstwo – dziesiątki, a może nawet setki. Zbierały się w jednym miejscu, a gdy ktoś podchodził bliżej, nagle podrywały się razem do lotu, tworząc nad ścieżką migoczącą chmurę kolorowych skrzydeł. To było wprost bajkowe przeżycie!

(prawie) suchą stopą

Zanim ruszyliśmy do kolejnego wodospadu, przewodnik spojrzał na nas uważnie i zapytał, czy na pewno chcemy iść dalej. Musieliśmy wyglądać naprawdę marnie 😅 

Ale nie ma to jak Szotom wejść na ambicję. My nie damy rady? My??? Decyzja mogła być tylko jedna – oczywiście, że idziemy. Przecież gorzej być nie może.

No i … trochę się pomyliliśmy.

Do tej pory byliśmy brudni, ubłoceni i spoceni, ale przynajmniej mieliśmy jeszcze suche buty. Zanim dotarliśmy do kolejnego wodospadu, i to uległo zmianie. Szlak prowadził dalej przez wilgotny, gęsty las co chwilę przecinany małymi strumyczkami. Woda płynęła cienkimi strugami między kamieniami, a my przeskakiwaliśmy z jednego brzegu na drugi, starając się trafiać stopą w kamień. Niestety nie zawsze się to udawało…

kamienie, rzeka, górski strumień

trzeci wodospad

Trzecim wodospadem na trasie był Air Terjun Taloa. Znajduje się on już niedaleko głównej kaskady Langkuik Tinggi. Nie jest bardzo wysoki, ale otoczenie sprawia, że miejsce ma swój wyjątkowy klimat. Ponieważ docierało tu więcej słońca niż do wcześniejszych miejsc na szlaku, zrobiliśmy tu krótką przerwę na kąpiel i chwilę odpoczynku przed dalszą drogą.

palma na tle niebieskiego nieba
wodospad

Langkuik tinggi

Żeby dotrzeć do kolejnego wodospadu, konieczne było przejście przez rzekę. I o ile wcześniej można było jeszcze próbować lawirować między kamieniami i walczyć o suche buty, tak tutaj nie było już żadnych szans. Trzeba było po prostu wejść do wody, która momentami miała nawet ponad metr głębokości. Niektórzy pewnie pomyślą: „eee, to wcale nie tak głęboko”. Ale myślę, że osoby mające około 1,6 m wzrostu doskonale zrozumieją, co mam na myśli 😉

 Zdecydowanie było warto. Zatrzymaliśmy się tu na dłuższą przerwę, a nasi synowie popłynęli wpław, żeby zobaczyć Langkuik Tinggi z bliska. Jeśli dobrze się przyjrzycie zdjęciom, zobaczycie go za nami w tle  — wysoki, smukły i schowany w zielonej ścianie dżungli.

Langkuik Tinggi
wodospad po drodze do Langkuik Tinggi

Pierwszy obiad

Powrót do auta poszedł nam już zdecydowanie sprawniej – pewnie dlatego, że przestaliśmy przejmować się butami, ubraniami i całym tym błotnym zamieszaniem. Było nam już wszystko jedno. Szliśmy zupełnie na luzie – ubłoceni i przemoczeni od stóp do głów. Po dotarciu do samochodu szybko się przebraliśmy i ruszyliśmy w stronę cywilizacji. Pierwszym, absolutnie obowiązkowym przystankiem był obiad, bo byliśmy głodni jak wilki.

A obiad… okazał się prawdziwą lokalną ucztą. Jedzony oczywiście nie przy stole, a na podłodze – tak jak robi się to w wielu sumatrzańskich domach. Na środku pojawił się ryż w koszyku, a wokół niego kilkanaście małych talerzyków z różnymi dodatkami: kurczak, ryby w pikantnych sosach, warzywa, sambale i inne specjały. Wszystko intensywne w smaku, kolorowe i bardzo lokalne. Były też rzeczy, których raczej nie spodziewaliśmy się zobaczyć na talerzu… na przykład małe węże, z których gospodyni przygotowała chrupiące chipsy.

sumatrzański posiłek
ryba w aromatycznym sosie
chipsy z małych węży

kopi khop

Po obiedzie przyszedł czas na kawę – i to nie byle jaką. Dostaliśmy kopi khop, lokalną kawę podawaną w dość zaskakujący sposób: w odwróconej szklance ustawionej na miseczce. W środku znajdowała się mocna, słodka kawa z fusami, a całość przykryta była małą filiżanką ustawioną do góry dnem.

Aby delektować się kopi khop, trzeba było podejść do niej z odrobiną cierpliwości. Najpierw delikatnie dmuchaliśmy przez słomkę przy krawędzi odwróconej szklanki, dzięki czemu kawa zaczynała powoli wypływać ze środka i wypełniać mały talerzyk. Dopiero wtedy można było ją popijać – przez słomkę albo bezpośrednio z brzegu talerzyka.

Kopi khop przygotowuje się zazwyczaj z grubo mielonych ziaren kawy Robusta i najczęściej podaje na gorąco, choć spotyka się również wersję mrożoną. Pije się ją zwykle w bardzo prostej formie – z dodatkiem cukru, który podkreśla jej intensywny smak.

kawa - kopi khop

Sto lat!

Na koniec czekała nas jeszcze jedna niespodzianka. Przy „stole” obok trwała właśnie impreza urodzinowa i zanim zdążyliśmy się zorientować, zostaliśmy poczęstowani tortem. W ramach podziękowania odśpiewaliśmy jubilatowi po polsku „Sto lat”.

Szybko okazało się też, że na Sumatrze prawdziwą atrakcją turystyczną bywa… biały człowiek. W wielu miejscach wzbudzaliśmy spore zainteresowanie – ludzie podchodzili, zagadywali i prosili o wspólne zdjęcia. Bardzo możliwe więc, że kawałek tortu był również małym pretekstem do rozmowy i pamiątkowej fotografii. Ale o tym, jak wygląda bycie lokalną atrakcją turystyczną, opowiemy już w zupełnie innym wpisie.

Tagi:

dżungla, kultura lokalna, lokalna kuchnia, poza szlakiem, trekking

Udostęnij ten post

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *