
Szoty w podróży
26 marca, 2026
Dość długo zastanawialiśmy się, czy wybrać się na Pacu Jawi. Przekonało nas to, że okolice Batusangkar, do których właśnie zmierzaliśmy, są jedynym miejscem na świecie, gdzie odbywa się to niezwykłe — choć z perspektywy Europejczyka dość brutalne — widowisko. W efekcie zostaliśmy tam o jeden dzień dłużej, żeby zobaczyć je na własne oczy. Czy było warto? O tym jeszcze napiszemy później.
To jedno z tych doświadczeń, które trudno porównać z czymkolwiek innym. Wyścigi te to wielowiekowa tradycja ludu Minangkabau.
Dżokeje stoją na prostych, drewnianych konstrukcjach i próbują utrzymać równowagę, ciągnięci przez dwa rozpędzone byki. Ich jedynym „sterem” są ogony zwierząt — i to dosłownie. Żeby przyspieszyć, potrafią je szarpać, a czasem nawet… gryźć.
Pacu Jawi to nie są zwykłe wyścigi. Nie jest to bieg na czas ani klasyczna rywalizacja, w której wygrywa najszybszy. Tutaj liczy się coś zupełnie innego — czy para byków potrafi biec prosto i czy dżokej jest w stanie nad nimi zapanować choćby przez kilka sekund. To bardziej pokaz kontroli, siły i współpracy niż sport w naszym rozumieniu.
Zapomnijcie o eleganckich torach i trybunach. Tutaj areną jest sawah — świeżo skoszone i zalane wodą pole ryżowe. Nie ma barierek ani wyznaczonych stref, a widzowie stoją dosłownie kilka metrów od trasy. Ten brak dystansu i to , że nigdy nie wiesz , w która strone pobiegną byki sprawia, że nie jesteście tylko obserwatorami ale stajecie się częścią całego wydarzenia.
To widowisko zdecydowanie należy do tych bardziej kontuzjogennych — przede wszystkim dla dżokejów, ale zdarza się, że również dla widzów. Kilkusekundowy przejazd na śliskim, nierównym polu, za rozpędzonymi bykami, to spore ryzyko. Upadki zdarzają się regularnie, a utrzymanie równowagi w takich warunkach wymaga nie tylko umiejętności, ale też dużej odwagi. Na własne oczy widzieliśmy młodego chłopaka, który najprawdopodobniej zwichnął bark podczas jednego z przejazdów.
Zdarzają się też mniej groźne, ale bardzo obrazowe sytuacje. Widzieliśmy, jak prowadzony do mycia byk popchnął jedną z osób siedzących przy polu. Mężczyzna, próbując ratować telefon trzymany w ręku, stracił równowagę i z impetem wpadł twarzą w błoto. Raczej tej atrakcji nie planował 😉
Między kolejnymi biegami wszystko zwalnia. Byki są prowadzone z powrotem na start, ktoś je myje, ktoś inny próbuje je uspokoić. W błocie stoją nie tylko dżokeje, ale też właściciele, pomocnicy i dzieci, które z ciekawością podchodzą najbliżej jak się da.
Mimo rosnącej popularności wśród fotografów, Pacu Jawi wciąż pozostaje przede wszystkim lokalnym świętem mieszkańców regionu Tanah Datar. Turystów jest tu niewielu — w dniu, w którym tam byliśmy, można ich było policzyć na palcach.
Na miejsce ściągają całe rodziny z okolicznych wiosek. Panuje atmosfera prostego, wiejskiego festynu — ktoś sprzedaje jedzenie, dzieci biegają między ludźmi, a dorośli dyskutują o formie i sile poszczególnych byków.
To wciąż wydarzenie robione przede wszystkim dla lokalnej społeczności
Na koniec zostaje pytanie, które pewnie pojawi się u każdego — czy było warto?
Tak. Bo to kawałek kultury, tradycji i codzienności, której nie zobaczycie nigdzie indziej. Pacu Jawi nie jest imprezą komercyjną, jest prawdziwe. To po prostu kawałek tutejszego świata.
Czy wrócilibyśmy raz jeszcze? Raczej nie.
Mimo całego kontekstu i szacunku do lokalnej tradycji trudno było nam całkowicie odsunąć na bok sposób, w jaki traktowane są tu zwierzęta. W trakcie wyścigów są szarpane, poganiane i zmuszane do biegu w sposób, który dla nas nie jest do zaakceptowania. To jedna z tych sytuacji, w których zderzają się różne perspektywy i różne kultury.
Byliśmy, zobaczyliśmy i cieszymy się, że mogliśmy tego doświadczyć. Ale to nie jest coś, co jest „naszą bajką”.