
Szoty w podróży
23 czerwca, 2026
Na Nusa Lembongan spędziliśmy dwie noce, ale trafiliśmy tam akurat w trakcie „walki” z Bali Belly. (Jest to tutejsza odmiana „zemsty faraona” czyli nie wchodząc w detale: biegunka, wymioty, czasem podwyższona gorączka. Nic przyjemnego.)
Nie mieliśmy więc ani chęci, ani sił na intensywne zwiedzanie. Skupiliśmy się głównie na odzyskiwaniu sił, plażowaniu i niespiesznym spacerowaniu po okolicy.
Nie będzie więc listy atrakcji, które trzeba zobaczyć ani szczegółowego przewodnika po wyspie. Będzie za to kilka naszych wrażeń i sporo zdjęć z miejsca, które mimo kilku wad zdecydowanie warto odwiedzić podczas pobytu na Bali.
Naszą podróż w stronę Nusa Lembongan rozpoczęliśmy w porcie Sanur. Tu kupiliśmy bilety na statek i po ok 40 minutach byliśmy na wyspie.
Myśleliśmy, że Nusa Lembongan to mała, kameralna i spokojna wyspa. Częściowo się to zgadza – jest mała i jest kameralna, ale… zdecydowanie nie jest ani cicha, ani spokojna!
A wszystko przez skuterki.
Mam wrażenie graniczące wręcz z pewnością, że na Bali i na Nusach ludzie nie potrafią chodzić na nogach. Ta maleńka wyspa momentami śmierdzi spalinami gorzej niż centrum dużego miasta. Idziesz na spacer, a co chwilę mija Cię kolejny skuter. Jeżdżą turyści, jeżdżą lokalsi. Jeżdżą wszędzie – chyba nawet do sąsiada mieszkającego za płotem podjeżdżają skuterem.
Może nie byłoby to dziwne, gdyby nie fakt, że Nusa Lembongan ma zaledwie 8 km² powierzchni, a sąsiednia Nusa Ceningan tylko 3 km².
Po tych wakacjach, gdy zamykałam oczy, widziałam skuterki. Normalnie skuterkowy koszmar!
A przecież chodząc pieszo można zobaczyć znacznie więcej. Dlatego dziś wrzucamy kilka kadrów z naszych spacerów po wyspie.
To chyba najbardziej znana atrakcja na wyspie. Nie znajdziecie tu świątyni, muzeum ani żadnej szczególnej infrastruktury. Są za to skały i ocean, który co chwilę próbuje je roznieść na kawałki.
Przy odpowiednio wysokich falach woda wpada do szczelin w klifach i jest wyrzucana wysoko w górę, tworząc efektowne gejzery. Kiedy my tam dotarliśmy, ocean był akurat dość spokojny, ale i tak widok robił spore wrażenie.
Jednym z charakterystycznych widoków na Nusa Lembongan są plantacje wodorostów. Podczas odpływu w płytkiej wodzie można dostrzec dziesiątki rozciągniętych między palikami sznurków, do których przywiązywane są niewielkie sadzonki. Wodorosty rosną przez kilka tygodni, a następnie są zbierane i suszone na słońcu.
Choć dla turystów są głównie ciekawostką, dla mieszkańców wyspy przez wiele lat stanowiły jedno z najważniejszych źródeł utrzymania. Wodorosty wykorzystywane są między innymi do produkcji kosmetyków, leków oraz karagenu – naturalnej substancji zagęszczającej, którą można znaleźć w wielu produktach spożywczych, takich jak jogurty, lody czy desery.
Jednym z symboli Nusa Lembongan jest Yellow Bridge, czyli charakterystyczny żółty most łączący wyspę z sąsiednią Nusa Ceningan. Dziś codziennie przejeżdżają po nim setki skuterów, a turyści zatrzymują się, żeby zrobić kilka zdjęć.
Niewiele osób wie jednak, że obecna konstrukcja jest stosunkowo nowa. W 2016 roku poprzedni most zawalił się podczas ceremonii religijnej, gdy znajdowało się na nim kilkadziesiąt osób. W katastrofie zginęło kilka osób, a wiele zostało rannych. Most ten jest ważny dla mieszkańców obu wysp, dlatego jego odbudowę rozpoczęto bardzo szybko.
Drugiego dnia naszego pobytu wybraliśmy się pieszo na sąsiednią wyspę Nusa Ceningan. To właśnie wtedy odkryliśmy kilka ciekawych restauracji położonych tuż nad oceanem. W wielu z nich goście mogli bezpłatnie korzystać z basenu pod warunkiem zamówienia posiłku lub napoju.
W praktyce wyglądało to więc tak, że w jednym miejscu jedliśmy lunch, w kolejnym zatrzymywaliśmy się na świeżo wyciskany sok, a potem odpoczywaliśmy chwilę przy basenie. Co ciekawe, przez większość czasu byliśmy tam niemal sami. Zdarzało się nawet, że musieliśmy chwilę poszukać obsługi, żeby móc cokolwiek zamówić.
Przy temperaturach panujących na wyspie świeżo wyciskane soki smakowały wręcz obłędnie. A gdy do tego dorzucić widoki na turkusowy ocean i rozbijające się o klify fale, trudno było znaleźć lepsze miejsce na odpoczynek.
To niewielka zatoka otoczona klifami, która słynie z niesamowitego koloru wody. Przy dobrej pogodzie turkus jest tak intensywny, że zdjęcia wyglądają momentami jak przesadnie podkręcone filtrem.
My mieliśmy szczęście! Woda była cudnie niebieska, a w dodatku tak przejrzysta, że z klifu bez problemu mogliśmy dostrzec pływającego poniżej żółwia morskiego.
Pewnie gdyby nie Bali Belly, zobaczylibyśmy znacznie więcej. Przez większość pobytu działaliśmy na zwolnionych obrotach i raczej oszczędzaliśmy siły niż planowaliśmy ambitne wycieczki.
Jeśli lubicie skutery, to w dwa dni spokojnie objedziecie zarówno Nusa Lembongan, jak i Nusa Ceningan wzdłuż i wszerz – zatrzymując się przy wielu ciekawych plażach. Jeśli natomiast, tak jak my, wolicie zwiedzać pieszo, również nie będzie z tym większego problemu. Wyspy są niewielkie, a wiele ciekawych miejsc można odkryć po prostu spacerując.
My zobaczyliśmy tylko część tego, co mają do zaoferowania. Czy wrócimy kiedyś po resztę? Sama nie wiem. Mentawaje skradły moje serce zdecydowanie bardziej. Z drugiej strony na Nusa Lembongan i Nusa Ceningan można łatwiej się dostać, więc nigdy nie mów nigdy.